Gawęda przy herbatce

No to mogę trochę pogawędzić i podywagować o sobie, a co!

1. O czym myślisz przed zaśnięciem?

O pięknych krajobrazach – zauważyłam, że potem potrafią się przenieść na sen. Poza tym – wiem, to infantylne – wymyślam historie miłosne. No co, sama jestem, wolno mi 😉 Czasem mielę jakieś problemy, zwłaszcza gdy spotka mnie coś przykrego, ciężko mi się wówczas zdystansować. Stosunkowo często zatapiam się też we wspomnieniach. Ale to wszystko trwa zazwyczaj maksymalnie minutę, bo mój mózg w pozycji poziomej niemal natychmiast zasypia. O ile oczywiście leżę spokojnie 😉 

2. Czy są takie potrawy/owoce/warzywa itp., które zjadasz w niecodzienny sposób? Jeśli tak, to w jaki? 😉

Wszyscy się zawsze dziwią, gdy widzą, jak zajadam kanapkę z koncentratem pomidorowym i położonym nań, pokrojonym w talarki porem. Ale to jest naprawdę pyszne! :) 

3. Gdybyś teraz mogła się teleportować, to dokąd? A może do kogo? :)

Na Bora Bora. Gorąco, kolorowo, spokojnie, rajsko. Ja tam w końcu i tak kiedyś pojadę, ale to by trochę ułatwiło sprawę 😉 A do kogo, hm… pewnie gdzieś na świecie jest ten ktoś, do kogo bym chciała, ktoś z marzeń, ale wydaje mi się, że jeszcze żadne z nas o tym nie wie 😉

4. Możesz ze wszystkich facetów na świecie wybrać jednego na jedną noc – kto to będzie? :)

Jude Law albo Christian Bale. Walka trwa 😉

5. Co byś powiedziała młodszej wersji samej siebie, gdybyś teraz mogła się cofnąć w czasie. Tak o..10-13 lat :)?

Długo się zastanawiałam nad odpowiedzią na to pytanie. Przeprowadziłam nawet dość dogłębną retrospekcję – i stwierdziłam, że choć błędów popełniłam w życiu mnóstwo, to właściwie niewielu rzeczy żałuję. Powiedziałabym sobie chyba tylko tyle: „Bądź bardziej pewna siebie, miej więcej luzu i dystansu do życia, i nie bój się ludzi”. Ale to rzeczy, o których do dziś muszę sobie przypominać 😉 No to może jeszcze, że lepszym pomysłem chyba jednak by było studiowanie ogrodnictwa. No dobra, i jeszcze „Masz fajny tyłek, ale prostuj plecy!!!” 😉

6. Za 50 lat widzisz się jako… (zakładamy, rzecz jasna, że ciągle żyjemy ;))) 

… emerytkę jeżdżącą po świecie (o ile będę zdrowa i będę mieć towarzysza podróży). A jeśli nie… to emerytkę grzebiącą się w ziemi, wśród kwiatów, która pokazuje swoim wnukom, jak piękny jest świat. Mam nadzieję, że nie będę miała wtedy czasu, by pomyśleć, że boję się śmierci.

7. Co robisz, kiedy się nudzisz? 

Rozmawiam z ludźmi, czytam, piszę, słucham muzyki, oglądam filmy, seriale („Sex and the City” – my love forever!), siedzę w necie, wychodzę na spacer, po zakupy itd. O, paznokcie maluję, to świetnie robi na samopoczucie :) Są jednak takie dni (zwłaszcza wtedy, gdy, jak teraz, mam zapalenie oskrzeli i siedzę od tygodnia w domu, co doprowadza mnie do stanu szajby absolutnej), że muszę zwyczajnie zająć się czymś pożytecznym dla świata. Czyli sprzątam, piorę, prasuję (to ostatnie dowodzi wówczas najdobitniej, jak bardzo nie jestem sobą, w naturalnym stanie bowiem prasowanie to ostatnia czynność, którą bym wykonała z nudów ;P). O, gotuję nawet! Ostatnio bardzo lubię eksperymentować w kuchni. Ale tylko wtedy, gdy jestem sama, żeby nie miał kto zauważyć ewentualnej porażki 😉 A gdybym miała własny ogród blisko domu, to pewnie bym się nigdy nie nudziła :)

8. Idealne wakacje, gdzie i jak byś spędziła?

Zwiedzała, zwiedzała, zwiedzała! W sumie nawet nieważne gdzie, byleby było ładnie. Jest tyle miejsc, w które bym chciała pojechać, że to aż trudno wymieniać. Ostatnio strasznie mi się marzą Bieszczady albo Pieniny. Przejść góry z plecakiem, taka przygoda, noce w schroniskach, krew, pot, łzy i te klimaty… 😉 Tylko jak to zrobić w taką pogodę? No i dlatego tymczasem wolałabym do ciepłego kraju. Włochy lub Hiszpania. O, na Sardynię np.. Brodzić w długiej letniej sukience w cudownie przejrzystej wodzie, wieczorami bawić się z głośnymi, roześmianymi ludźmi w knajpach pod chmurką, a od rana w uroczych ogródkach zajadać się kolorowymi i aromatycznymi specjałami kuchni śródziemnomorskiej…

Chociaż tak naprawdę niekoniecznie najważniejsze jest „gdzie”. Raczej „z kim”. A z kim? Z ludźmi niekonfliktowymi, pozytywnymi i jak ja głodnymi wrażeń, z którymi dałoby się całą noc imprezować, cały dzień robić zdjęcia i zakochiwać się we wszystkim wokół, a potem jeszcze tak samo radośnie odsypiać na plaży.

9. Reagujesz na chamskie zachowanie np. w tramwaju, jakiejś poczekalni? (nie w stosunku do siebie, tylko kiedy to widzisz).

Właściwie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek poczuła się zmuszona do reakcji. Aż dziwne mi się to wydaje, ale naprawdę nie pamiętam nic takiego, co by wymagało ode mnie interwencji. Potrafię się sama odgryźć, ale żeby to robić za kogoś… No chyba że byłby to ktoś starszy czy w jakiś sposób ułomny. W innych przypadkach nie widzę potrzeby, nie lubię się wplątywać w konflikty. Chociaż oczywiście wszystko zależy od sytuacji, od dnia etc.

10. Zafundowałabyś sobie jakąś operację plastyczną, gdybyś mogła, czy uważasz to za głupotę?

Na dzień dzisiejszy na pewno nie zafundowałabym sobie operacji. Abstrahując od ceny, uważam, że im więcej ingerencji w ciało, tym gorzej dla niego. Drobne codzienne nieinwazyjne korekty urody – tak. Operacja dla urody – nie. Ale czy bym nazwała to głupotą? Myślę, że to jest indywidualna decyzja. Jeśli ktoś naprawdę sądzi, że tego chce, że to mu pomoże… Tylko moim zdaniem najpierw się powinien zastanowić, dlaczego właściwie tego potrzebuje. Wiele takich operacji ma swoje źródło raczej w psychice, a nie w rzeczywiście nieatrakcyjnym wyglądzie, więc w niej należałoby może najpierw „pogrzebać” 😉

Chociaż gdybym miała trzy opony na brzuchu, pomarszczone flaczki zamiast piersi i 15 podbródków, to kto wie, co bym z tym zrobiła 😉

11. Gdybyś miała przeznaczyć sporą sumę pieniędzy na jakąś fundację, jaka by była? Nie chodzi mi o nazwę, tylko czy to np. organizacja pomagająca dzieciom, biednym, zwierzętom, hospicjum itp. 

Ciężko wybrać. Najchętniej każdemu bym coś dała, gdybym mogła. Rusza mnie cierpienie, wzruszają staruszkowie osamotnieni w swojej starości, boli serce, gdy patrzę na katowane zwierzaki, pięści same mi się zaciskają na wzmianki o porzucanych dzieciach… Nie wiem. Ale chyba na dzieci – bo może z nich wyrośnie ktoś, kto kiedyś uratuje świat? Albo chociaż dołoży do niego jakąś piękną kolorową cegiełkę.

A tak w głębi duszy chciałabym urządzać kiedyś warsztaty dla dzieci, związane z roślinami. Albo każdej szkole zafundować kawałek ziemi do uprawy. Marzyłoby mi się uczyć ludzi od małego szacunku dla przyrody.

12. Twoje perfumy (wiem o Envy, ale może też jakieś inne) :)))

Mam jeszcze próbkę Emporio Armani Diamonds intense – mocny, ciężki zapach, ale przepiękny. W sam raz na wieczór pełen wrażeń 😉

W ogóle dzięki za to pytanie, przynajmniej się nim spryskałam, żeby go sobie przypomnieć –  generalnie bardzo oszczędnie używam perfum. Tak po prawdzie to zazwyczaj zapominam 😉 Zwykle udaje się tylko na jakieś duże wyjścia. Ale to właściwie dobrze, z Gucci Envy nie mogę szaleć, bo skończyli produkcję :(((

Ależ ten Armani boski… :)

13. Najbliższy cel do zrealizowania?

Zorganizować sobie wakacje 😉 Niby jest parę możliwości, ale żadna mnie nie satysfakcjonuje. Zobaczymy :)

14. Przepis na sos śmietanowy poproszę 😉 

Kochanie, ale ja nie mam 😀 Dla mnie sos to po prostu wlanie śmietany, jeśli mówimy o tym makaronie, innego nie znam 😉

15. Jak się masz ogólnie?

Rozmaicie, jak to w kobiecym cyklu 😉 Gdybym trochę mniej chorowała, byłoby mi znacznie lepiej. Ale nie ma co narzekać, no 😉

16. Co czytasz, oglądasz teraz?

Skończyłam romans „Podarunek z przeszłości”, akcja się dzieje w Maroku, miła lektura na lato, ekscytująca zwłaszcza w końcówce i zwłaszcza gdy się ma dużą ochotę na… wakacje ;P

A z filmów to wczoraj wreszcie obejrzałam „Traffic”, dzięki czemu śniło mi się, że paliłam trawkę i uciekałam przed policją 😀

No i koniec. Dziękuję Wam za pytania, to była całkiem fajna zabawa, dająca również sporo do myślenia. Cieszę się, że po tylu latach wciąż jeszcze jest o co pytać.

Pisałam już, że ten Armani jest cudowny? 😉

Opublikowano Bez kategorii | 29 komentarzy

Odrabianie zaległości

Może to i dobrze, że Euro się skończyło, inaczej ja bym się skończyła 😉 Był to czas radosny i obfitujący w emocje, i choć może ostateczny wynik nie satysfakcjonuje mnie tak, jak bym chciała (kocham Hiszpanię, ale tym razem bardzo mocno kibicowałam Portugalii, ładnie grali i w ogóle są ładni ;P), to i tak jestem ukontentowana, że gorrące południe zdominowało finał.
Poza tym byłam na Nocy Kina, z której wyszłam o 4 rano, a następnego dnia zabalowałam nad Maltą z kumplem – tak dawno się nie widzieliśmy, że gadaliśmy do 5 rano i wróciliśmy akurat w chwili, gdy zaczęła się gigantyczna burza 😀 To się nazywa wyczucie.
Dużo tego imprezowania było ogólnie, za dużo, więc niestety mój organizm ostatecznie powiedział stop. Dopadł mnie jakiś wirus i dzisiaj leżałam plackiem cały dzień. Na szczęście w tym upale gorączka nie ma szans – każdą jestem w stanie wypocić 😉

Na podsumowanie minionych dni mogę powiedzieć, że Poznań spisał się na medal. Parę inwestycji niestety nie ruszyło przed Euro, ale nie było to nic strategicznego. Panowała wspaniała atmosfera – wg ankiet najlepsza ze wszystkich wśród miast-gospodarzy – i jestem dumna, iż pokazaliśmy wszystkim niedowiarkom, że potrafimy! Chciałabym, żeby takich imprez było więcej. Wszak nie samym chlebem człowiek żyje, a ten wiew prawdziwie europejskiego poczucia wspólnoty przyda nam się jak mało co, bo tak naprawdę cała Polska ma ogromny potencjał, tylko wciąż brak nam pewności siebie. I optymizmu.

A tak z innej beczki – naprawdę się cieszę, że mieszkam tu, gdzie mieszkam. Dzięki temu, nie wychodząc z domu, mogłam obejrzeć (z daleka, bo z daleka, ale jednak) puszczanie lampionów w Noc Kupały oraz posłuchać wczorajszego koncertu Faith No More :) I żałuję ogromnie, że mnie to świństwo grypowe dopadło wczoraj, a nie dziś, bo koncert naprawdę był świetny, do tego w pięknej oprawie – zespół poprosił fanów, żeby przynieśli kwiaty, którymi następnie udekorowano scenę. Kocham ich za te kwiatuszki! 😀 Dla zainteresowanych link TU, a z innej piosenki TU – i to nawet z polskim refrenem!
Natomiast jeśli ktoś chce obejrzeć lampiony – TU. No i jak tu nie kochać Poznania? :)

Na koniec zaś, ponieważ 423956 lat temu zostałam nominowana przez Katię i Zapałkę – zapraszam do zadawania pytań. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się o mnie czegoś więcej – robicie to na własne ryzyko 😉

http://aitak.blog.com/files/2012/05/pytan.png

A do zabawy typuję Antylię, żeby po wiekach niebytu blogowego łatwiej jej było do nas wrócić :) I uciekam, bo szykuje się kolejny huragan i błyskawice. Wariactwo!

Opublikowano Bez kategorii | 28 komentarzy

Bawmy się!

Mecz trzeci, z Czechami.
Na Strefę Kibica jadę z kosmicznym bólem gardła i niezłomnym postanowieniem, że załatwię mikroby alkoholem. W trzeciej już tego dnia burzy oraz strumieniach płynących ciurkiem z nieba udaje mi się przejść przez barierki i zacząć poszukiwania malowniczej grupki znajomych. Przedzieranie się przez tłumy w ulewie nie należy jednak do rzeczy najłatwiejszych, dlatego w momencie, gdy krople spływają mi z peleryny wprost do oczu, kapituluję i lokuję się gdzie bądź z pochyloną głową w pozycji zabiedzonego i pokornego stworzenia. Nagle ktoś puka w moje ramię. Gdy podnoszę głowę ze wzrokiem mordercy, oczom mym ukazuje się piękny Hiszpan, który pokazuje mi, że mam się uśmiechnąć :) Gdyby nie to, że leje, a ja ledwo mówię, na pewno nie byłby to koniec naszej migowej konwersacji 😉

Ostatecznie udaje mi się odnaleźć ziomali, którzy jak jeden mąż nie mają na sobie nic przeciwdeszczowego, ponieważ sprawdzali prognozę pogody na Onecie ;D I prognoza ta nic nie wspominała o jakimkolwiek deszczu 😉 Z powodu mokrej dokładnie każdej części garderoby, łącznie z majtkami, szerzy się czarny humor, na scenie grają Strachy na Lachy, Grabaż podśpiewuje „Idze na burzę, idzie na deszcz”, co zostaje przyjęte ponurym sprzeciwem publiczności; niestety aura bierze sobie owe słowa do serca i funduje nam kolejną porcję burzy. Kumpel wprost błaga mnie, żebym przyjęła go pod pelerynę, więc siadamy sobie na ziemi i z pełnym optymizmem słuchamy muzy, pijąc piwo i generalnie ciesząc się z życia :) Ostatecznie burza ustaje, zaczyna się mecz, którego może lepiej nie komentować, wygrywają lepsi i tyle w tym temacie 😉

Wychodzimy z tłumem, kierując się w stronę Starego Rynku i przeczuwając głęboką dolinę. I wtedy nagle wkraczamy w krainę uśmiechu, śpiewów i radości, którą serwują nam bracia z Irlandii, skandujący na każdym kroku „Polskaaaa biało-czerwoniiii” oraz milion innych przyśpiewek. Oczywiście w pubowych ogródkach o miejscu siedzącym można już pomarzyć, zaczyna się kolejna burza, dlatego lokujemy się… w słynnej poznańskiej kawiarni Gruszecki 😀 Miejsca ci tam dostatek, co spowodowane jest zapewne mylnym przekonaniem ogółu, że nie sprzedają tam piwa. Sprzedają :) Nieopodal zaś bawią się Irlandczycy, do których wkrótce dołączamy, co okazuje się najlepszym punktem programu, ponieważ każdy z nich mówi kobietom po polsku „jesteś piękna” i „wyjdziesz za mnie?” 😀 Przez pierwsze dziesięć minut naśmiewają się też z naszej wymowy słowa „windows”. Zataczają się niemal z uciechy, podczas gdy my kompletnie nie rozumiemy, o co im chodzi. Otóż, moi drodzy, u nich się nie mówi „łindołs”, jeno „łindołsz” 😀 Gdy to pojmujemy, zaczyna się prawdziwa balanga. Skaczemy, ryczymy na całe gardło rozmaite piosenki, m.in. piosenkę deszczową 😀 oraz: „Just can’t get enough”, „Seven nation army”, „We are the champions” 😉 i „Always take the weather with you”, co jest bardzo na miejscu, zważywszy szóstą ulewę 😉 Następnego dnia dowiem się jeszcze, że ponoć wskakiwałam z kumplem na krzesła i pchałam się też na stół, by tam dać popis umiejętności tanecznych. Ale ja tego nie pamiętam, więc to pewnie jedynie paskudne plotki 😉

Wracamy do domu całkowicie zalani, tak piwem, jak i wodą z nieba, autobus uwozi mnie na dworzec autobusowy, gdzie z radością zauważam trzy taksówki. Niestety nie tylko ja – dwie pierwsze są już zajęte, z przerażeniem zauważam, iż do trzeciej pakują się dwaj wielcy faceci, więc lecę na złamanie karku, wydzieram jednemu z rąk zamykające się drzwi i pytam, czy przypadkiem nie jadą na moje osiedle. Przeczą, wtedy z żałością rzucam pretensję „No dlaczego nieee??”, w końcu jeden się lituje i oznajmia, że jadą na osiedle obok, więc błagam, czy mogą mnie zabrać, bo ja przecież jestem taka malutka :) Zgadzają się z politowaniem i jedziemy, panowie dyskutują o piłce i nagle włączam się do dyskusji. Nie zapamiętam zupełnie tego, co tam im mówię, ale musi to być coś wielce mądrego, ponieważ nagle wszyscy patrzą na mnie z uśmiechem i szacunkiem 😀 Panowie wysiadają, pan taksówkarz każe mi tylko dopłacić różnicę, a na końcu z respektem stwierdza, że jestem prawdziwym kibicem 😀 Wracam do domu znów o 3 w nocy.

Mecz czwarty, Irlandia-Włochy, na poznańskim stadionie.
Dzieje się praktycznie to samo, co podczas i po meczu trzecim, z tą tylko różnicą, że na scenie grają Audiofeels (oczywiście w burzy), potem jeden Irlandczyk funduje nam piwo, a Poznań tym razem już dosłownie tonie w zieleni Irlandzkich kibiców. Takiego szaleństwa to miasto jeszcze nie widziało! Wracam znów o 3 rano, a następnego dnia wstaję o 7 do pracy i mam potworny katar, aż do tej pory :)

I jeszcze tylko myśl wieczoru, czyli rozmowa w sklepie monopolowym:
Facet, wrzeszczący na progu do swojej dziewczyny: – No i po chuj tam idziesz?!
Ja, wyręczając dziewczynę uprzejmie i powodując trwałą radość ogółu: – Nie po chuj, tylko po piwo.

Chociaż, biorąc pod uwagę ilość całkiem apetycznych kibiców… kto wie, po co ona tam szła 😉

Opublikowano Bez kategorii | 18 komentarzy

Polskaaaa biało-czerwoni! Czyli Euro 2012 :)))

Mecz pierwszy, z Grecją.
Strefa Kibica na Placu Wolności. Wchodzimy całą ekipą, chłopaki uruchamiają niezawodny instynkt łowcy piwa i po chwili chlejemy już zbiorowo Carslberga za 8zł, który ma całe 3,5%, co jednak w upale okazuje się zupełnie wystarczające, by zacząć tańczyć, skakać i robić głupie zdjęcia :) Doping się wzmaga, podobnie jak nagły napór pęcherza, na szczęście łazienki są nieopodal, więc można zrzucić balast i… zatrudnić kolegów do kupienia następnego piwa. Przed pierwszym gwizdkiem jesteśmy już nieźle wstawieni, ale na wesoło oczywiście. Nie widzę zbyt wiele, staję na palcach, i, jak się potem okaże, tak już zostanie przez cały mecz. Mecz, który jest jednym wielkim hałasem, zdzieramy gardło do upadłego, wywijając biało-czerwonymi szalikami, a przy golu „naszego” Lewandowskiego…. Ludzie, co tam się dzieje, gdy pada gol…!!!!!!!!!! Wszyscy rzucają się sobie w ramiona, skaczą, policzki mnie bolą od wielkiego wyszczerzu, ponad 20 tysięcy gardeł ryczy wniebogłosy z zachwytu, słońce świeci, życie jest piękne! Gol Greków zostaje przyjęty ponuro, czerwona kartka Szczęsnego z nerwową dawką złości, a obrona karnego przez Tytonia znów powoduje atak uścisków i ogólnej radości. Wrzeszczymy wszyscy do końca, przy czym ja odkrywam, że gdy tylko do naszej bramki zbliżają się napastnicy, to należy wołać „Spierdalaj!” i wtedy wszystko kończy się dobrze :) No i się kończy, zostajemy w grze, jest ok! Z całym narodem, kuśtykając garbato z powodu koszmarnego bólu nóg i pleców, idziemy w tango na Stary Rynek i pijemy w towarzystwie sympatycznych Irlandczyków. Wracam do domu ok. 3 nad ranem, kompletnie nieżywa. Jest świetnie :)

Mecz drugi, z Rosją.
Strefa Kibica ponownie. Piwo kupione, spożywamy zachłannie, gdy podchodzi do nas milutki Irlandczyk i machając dychą dosłownie błaga, byśmy mu kupiły alkohol, bo nie ma karty PayPass, która jest niezbędna do tegoż manewru. Lituję się nad biedakiem, za co otrzymują wyznanie dozgonnej miłości i wspomnianą dyszkę. Wrzeszczę, żeby czekał, to mu wydam resztę, on wrzeszczy, że mnie kocha i nie chce żadnej reszty, i tak sobie pokrzykujemy chwilę, po czym kapituluję, konstatując, że wcale nie mam mu jak wydać, bo nie dysponuję gotówką 😉 Posyłam mu więc buziaka, on wtapia się w tłum i tym sposobem całkiem niechcący udaje mi się zarobić na Mistrzostwach 😉
A potem jest już tylko jeden wielki ścisk, wrzask, balanga, totalny paraliż palców u stóp, gdyż oczywiście przede mną zbierają się chyba najwyżsi faceci w mieście, nie widzę praktycznie nic prócz naszego gola ze spalonego, z którego cieszymy się jak wariaci całe 2 minuty, zanim ktokolwiek spojrzy na ekran, by uświadomić resztę, że nic z tego. Z częstotliwością 5 razy na sekundę pada z naszych ust typowe słowo narodowe, czyli „kurwa”, a wyjątkowo zaangażowany w całą imprezę kibic dopowiada jeszcze do tego elokwentnie „chuj, dupa, cycki” 😉 W pewnym momencie nie zdążam niestety krzyknąć do Rosji „spierdalać” i pada gol dla gości. Żałoba trwa dobrą chwilę, po czym podnosimy się jak feniks z popiołów i znów dajemy czadu, podobnie jak mój pęcherz. Modlitwa o przerwę zostaje wysłuchana, następuje przegrupowanie nie tylko na boisku, ale również w Strefie, dzięki czemu nagle widzę wszystko i nie muszę ludziom krzyczeć „spierdalaj” do ucha, jeno do pleców 😉 Moja taktyka znów się sprawdza, a Kuba Błaszczykowski posyła do rosyjskiej bramki piłkę tak przepięknie, że dławimy się okrzykami radości zmieszanymi z chwytającym za gardło wzruszeniem. 5 minut przed końcem czuję palpitację serca, drżenie kolan i że zaraz dostanę sraczki z nerwów. Mecz kończy się gigantyczną falą dopingu, a my idziemy na tramwaj, który z niewiadomych przyczyn uwozi nas w zupełnie odwrotną niż zamierzona stronę. Ale czy to ważne? Najważniejsze, że w sobotę znów będziemy pić. Oby ze szczęścia! :)

Opublikowano Bez kategorii | 30 komentarzy

Nowa namiętność :)

Dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłam, to pojęcia nie mam, ale pięknego dnia czerwcowego po prostu olśniło mnie, że przecież istnieje coś takiego jak Allegro i używane aparaty fotograficzne. Ponieważ kompletnie nie znam się na fotografii (do tej pory posługiwałam się w tej materii jedynie… telefonem komórkowym; ewentualnie pożyczałam od siostry), pomyślałam, że należy kupić taki, którym się już bawiłam, a którego dużym atutem było zasilanie na baterie zamiast na akumulator (naoglądałam się furii kumpeli i siostry, gdy im się akumulatorki rozładowywały w najmniej odpowiednich momentach). Niestety wiedziałam tylko, jak wyglądał i że to Canon, nic więcej, zaś Google po wpisaniu „Canon na baterie AA” pokazywał tylko małe kompakty, a ja pamiętałam, że tamten był większy. Trzeba było zawęzić poszukiwania, tylko jak? Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Po namyśle stwierdziłam jednak, że może uda się znaleźć po dacie premiery, zaczęłam więc skomplikowane obliczenia, kiedy mogłam się nim posługiwać, od tego odjęłam około rok, bo tyle plus minus ten aparat miał wówczas, od tego jeszcze z parę miesięcy, i wklepałam wynik razem z resztą szukanego hasła. Chwilę pomieliło, uruchomiłam grafikę i… voila!
Do tej pory gratuluję sobie geniuszu, odszukałam bowiem ukochany aparat po nazwie marki, wydedukowanej dacie produkcji i zdjęciu 😀 Oczywiście od razu rzuciłam się na aukcje i tam też znalazłam owo cacko, i to za niewielką sumę :) Tym sposobem po dwóch dniach stałam się dumną posiadaczką „cyfrówki”. W dobie wszechstronnej i zaawansowanej elektroniki moja radość brzmi idiotycznie, ale dla mnie to naprawdę nowinka 😉

Jak więc się pewnie domyślacie, aktualnie nie interesuje mnie nic więcej niż uwiecznianie życia w obiektywie. Nie jest to lustrzanka, więc może nie ma aż takiej jakości, ale wystarczy, żebym łaziła zachwycona cały dzień 😀

A teraz mała próbka z pierwszych prób :)

 blog_uk_3741146_4693465_tr_rozablog_uk_3741146_4693465_tr_makblog_uk_3741146_4693465_tr_dmuchawiec
Opublikowano Bez kategorii | 26 komentarzy

Reanimacja

Reanimuję się.

Z trudem, ale zaprawdę po tylu rozczarowaniach każde nowe coraz szybciej przestaje boleć. Poza tym mam akurat fazę cyklu, w której szkoda czasu na doła, przyjdzie na niego pora w PMSie, to co się będę teraz dręczyć 😉

Ogarnia mnie już Euro-gorączka. Vincenty dorobił się chorągiewek, flag na lusterkach i szalika, który zabiorę  ze sobą do strefy kibica. Fokle gdy zakładałam to ustrojstwo w chaszczach przed firmą, jakiś żulik tak się za mną oglądał, że się prawie wykopyrtnął :) Nie wiem, co takiego atrakcyjnego mogło być w przyozdabianiu samochodu, może to, że robiłam to w szpilkach i bardzo się przy tym chichrałam :) W każdym razie wracałam do domu z wielkim uśmiechem na twarzy. Jak te małe rzeczy potrafią poprawiać humor, to jest wprost niepojęte.

Puszczam sobie afirmacyjną muzę, jem kolorowe kanapki, z kiełkami i truskawkami, do tego sprzątam, piorę, gotuję, prasuję i piję piwo. A dziś biegałam, więc jutro dojdzie soczysty ból mięśni, przy którym nie będę w stanie myśleć o jakimkolwiek innym, zwłaszcza istnienia 😉

Dobra, wiem, że mało interesujące to wszystko, ale musiałam to napisać jako instrukcję na wypadek gigantycznego Rowu Mariańskiego, który nadal wykazuje przebłyski potencjału.

O, i jeszcze w kupę przy tym bieganiu wdepnęłam. Mmm, pyszności, niemniej kolejna rzecz, która się nadaje do odnotowania, bowiem skutecznie odwróciła uwagę mojej zmęczonej mózgownicy od smutku, zastępując go wkurwem 😉

Ale naprawdę obiecuję, że następna notka będzie już bardziej sensowna 😉 

Opublikowano Bez kategorii | 21 komentarzy

Drzazgi

Zagadkowy się żeni.

Zastanawiam się, czy los usiłuje mi coś udowodnić czy co… Zupełnie niepotrzebnie, doskonale wiem, że jest francowaty, złośliwy i zawsze wygrywa.

Kurwa, mam dość. Naprawdę. Nie mam już na to wszystko siły. To ja miałam pierwsza wziąć ślub, to ja miałam być szczęśliwa. On na to nie zasłużył, powinno go tak samo boleć, powinien się tak samo długo męczyć, to nie fair…!!!

Chociaż tak naprawdę zupełnie nie chodzi o zranioną dumę czy niską chęć zemsty.

Mam doła jak stąd do Honolulu i szczerze nawet nie chce mi się udawać, wmawiać, że będzie dobrze, że spotkam kogoś, kogo pokocham równie mocno jak kochałam wtedy, a w zasadzie jak kocham do tej pory, z tą różnicą, że ten ktoś pokocha też mnie.

Wiem, że to łzawe pierdoły bez ładu i składu, w dodatku nacechowane nienawistnymi emocjami, całkowicie pozbawionymi chrześcijańskiej miłości do bliźniego, ale olewam, nie jestem robotem, mam prawo do chwili słabości, zwłaszcza tutaj, mam prawo płakać, mam prawo się sprzeciwiać niesprawiedliwości, mam prawo! Kurwa, to boli już 2,5 roku, mimo oszukiwania się, że tak nie jest, mimo tylu prób udowodnienia, że to bzdura. A przecież tak bardzo się napracowałam, by zdusić w sobie cały ten żal, całą rozpacz, by podnieść się, powstać i pójść do przodu.

Chciałabym, żeby ta wiadomość paradoksalnie mi pomogła, żeby to był koniec udręki, gwóźdź do trumny tego chorego uczucia, a żałoba, którą teraz odczuwam, skończyła się ostatecznym pogrzebaniem, zagrzebaniem go tak głęboko, bym nigdy już nie wykopała nawet milimetra drzazgi.
Pooszukujmy się razem…

Opublikowano Bez kategorii | 31 komentarzy

Kolorowo, bąbelkowo

Sobota, 26 maja, Dzień Matki, południe. Słońce świeci, wieje lekki wiaterek, jest ciepło. Zaraz na poznańskim Starym Rynku zaczną się trykać koziołki. Nie tylko one jednak przyciągną tłumy ludzi – na ten dzień zaplanowano coś jeszcze. Każdy chodzi zaopatrzony w sprzęt – pistolety, dziwne kolorowe pałki, małe zbiorniczki; czekamy na sygnał. Iiiii…

… jest! wszyscy razem dobywamy „broni” i… dmuchamy! W powietrze wzlatują naraz tysiące baniek mydlanych – tych maleńkich, tych większych, tych całkiem ogromnych, wszystkich w kolorach tęczy i powodujących, że twarze bez trudu rozświetlają się seriami uśmiechów. Jakiś maluch z wrażenia wypuszcza z rąk balon w kształcie dmuchanej kobyły, która kiwa się dostojnie, unosząc się coraz wyżej i wyglądając jak ciężarny pegaz 😉 Piszczymy z uciechy, na wyścigi produkujemy fruwające bąbelki, które pękają nam nad głowami i rozpryskują na naszych policzkach, każdy skacze z radości i nie ma chyba osoby, która by się nie czuła jak beztroski dzieciak. Tyle ludzi, a cel jeden – bańki, bańki, bańki!

W tej jednej, całkiem długiej chwili, problemy nie istnieją. Bo czym tu się martwić, gdy wszyscy się cieszą?
Filmik dokumentujący to wydarzenie można obejrzeć TU – wprawdzie zeszłoroczny, jednak całkowicie aktualny. Nawet pogoda się zgadza. Czyż nie jest pięknie? :)

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

Z nadzieją

Horyzont.
Zieleń.
Niebo.
Błyskawica.
Ciepło wieczorów.
Chłód poranków.
Wiatr.
Deszcz niczym łzy. Uśmiech na podobieństwo słońca.

Powtarzalność ma urok. Mimo swojej niepowtarzalności. A może dzięki niej?

Powtarzam się tu z moimi zachwytami już piąty rok. Mam szczerą nadzieję, że jest w tym równie wiele uroku, co w świecie, który nieudolnie staram się namalować 😉

Z cichym życzeniem… Z dedykacją dla Was… Z nostalgią w duszy, radością na twarzy – PIOSENKA. I kwiatowy tort urodzinowy, własnoręcznie zrobiony :)

blog_uk_3741146_4693465_tr_tort_kwiatowy

 

Opublikowano Bez kategorii | 28 komentarzy

Pozytywnie

Mam w sobie ostatnio jakąś wewnętrzną energię, która zupełnie nie współgra z kondycją cielesną. Tzn. najchętniej bym się pocięła na kawałki i jeden by robił to, drugi tamto, trzeci siamto, a jeszcze inny owamto, ponieważ wiosną zawsze uruchamia się we mnie szwendacz, za sprawą którego obskoczyłabym wszystkie imprezy w mieście, gdybym tylko miała czas; równocześnie zaś czuję się tak wykończona codziennością, że z trudem wypełniam wszystkie obowiązki.

Moja mamunia się wyrżnęła i złamała rękę. Prawą, w nadgarstku. Żeby było zabawniej, po upadku zrobiła jeszcze zakupy i dopiero potem pojechała z tatą taksówką na prześwietlenie. A żeby było jeszcze weselej, wszystkie te zakupy z wrażenia zostawili w taksówce 😀

Zatem cały dom jest teraz do ogarnięcia przeze mnie właściwie. W sumie to dobrze, fajnie, gdy coś się dzieje i czuję się potrzebna, ale nie powiem, żeby robienie obiadów dla 7-osobowej rodziny należało do tego, co tygrysy lubią najbardziej 😉 Wprawdzie będziemy się z siostrą wymieniać, niemniej jednak rzecz się troszkę skomplikowała organizacyjnie.

A jeszcze w Poznaniu tyle się dzieje. Np. Kino Muza, malutkie i klimatyczne, cyklicznie organizuje przeglądy z różnych stron świata – poprzednim razem poszłyśmy na hiszpański, w przyszłym tygodniu odbędzie się skandynawski; wczoraj natomiast załapałyśmy się na kino bałkańskie. Film miał bardzo fajny tytuł: „Od grobu do grobu” 😀 W oryginale brzmiało to jeszcze lepiej: „Od groba do groba” 😉 Przy okazji trafiłyśmy też na czwartkową promocję, więc zostałyśmy jeszcze na seansie Allenowskiego „O północy w Paryżu”, dzięki czemu spać poszłam po 1, o 4 zaś mamę złapał skurcz nogi i trzeba było jej pomóc, dlatego dzisiaj potykałam się o własne odnóża i zasnęłam w trakcie czytania siostrzeńcowi bajki 😀 O dziwo nie zauważył, tylko po prostu sam sobie dopowiedział resztę 😉

Jutro, prócz wykonania domowych spraw, muszę na działce powyrywać chwasty, co oznacza, że na Noc Muzeów pewnie nie starczy mi sił niestety :( Znowu przegapię, ech. Ale za to obejrzę finał Ligi Mistrzów, zawsze coś :) I czekam na czerwiec i Noc Kupały z puszczaniem lampionów, oraz na lipiec i kino letnie pod gołym niebem, jak również na koncert Faith No More, który mam nadzieję znów obejrzeć z darmo, całkiem jak w poprzednich latach Radiohead i Portishead. Szkoda tylko, że zawsze wydarzenia kulturalne się kumulują i człowiek nie nadąża z niczym, a potem z kolei nastaje okres posuchy we wszystkim, sezon ogórkowy i kompletna nuda.

Kurcze, tak patrzę i widzę, że w zeszłym roku nawet słowem nie wspomniałam na blogu, że byłam na moim ukochanym Portishead! Ale w tym samym dniu kupowałam samochód, więc widocznie wejście w posiadanie Vincentego uznałam za ważniejsze wydarzenie. To był dzień, jeden z lepszych w moim życiu :) A koncert cudowny, chociaż pewnie lepiej bym się wczuła w jego magię, gdybym kupiła bilety i stała bliżej sceny, pośród innych zapaleńców. No ale nie można mieć wszystkiego.

To jeszcze cytat dorzucę, co by optymistycznie zakończyć:

„… WIEM JEDNAK, ŻE BÓG POMAGA TYM, KTÓRZY POTRAFIĄ POMÓC SAMI SOBIE”.
Głęboko w to wierzę :)

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy